lake-dusia-2502363_1920

Burzyć mury, budować mosty – pochwała edukacji holistycznej

            Tradycyjny, dobrze nam wszystkim znany model kształcenia dzieci i młodzieży zakłada, że począwszy od IV klasy szkoły podstawowej, uczniowie są już na tyle dojrzali, że można im zaserwować tzw. „poważną naukę”, czyli wyprowadzić z okresu, w którym dominowało nauczanie zintegrowane i zaprowadzić porządek akademicko-przedmiotowy. Wiele dzieci kończących klasę III tylko na to czeka – w końcu będą prawdziwe oceny, różni nauczyciele i jasno wytyczone granice pomiędzy dziedzinami wiedzy. 

Dobrze pamiętam okres, kiedy sam stawiałem swoje pierwsze kroki w podstawówce, a było to w roku 1999 r. – weszła wtedy w życie sławetna reforma powołująca do życia gimnazja i odświeżająca formułę kształcenia w klasach I-III. Nie dość powiedzieć, że byłem wówczas zawiedziony. Byłem zrozpaczony, że pierwsze lata szkoły spędzę, ucząc się w sposób zintegrowany (cokolwiek to wtedy znaczyło) i otrzymując bliżej nieokreślone oceny opisowe w rodzaju „Ładnie” / „Bardzo ładnie” / „Ślicznie” i „Postaraj się bardziej”. Tak bardzo chciałem „uczyć się przedmiotów” i dostawać cyferki (oczywiście tylko 5 i 6!) w zamian za swoje postępy!

Na podstawie powyższego wspomnienia można by sądzić, że już w wieku 7 lat byłem mocno przefiltrowany przez system pruskiej szkoły! Cóż, w jakimś sensie pewnie tak, jednak – co ciekawe – nie tyle było to wątpliwą zasługą nauczycieli, ile całego otoczenia – rodziców, dziadków, kolegów i koleżanek, ich rodziców itd. Mam wrażenie, że nie rozumiano wówczas idei nauczania zintegrowanego w klasach młodszych i podchodzono do niego z pewnym lekceważeniem jako do mało istotnego przedłużenia przedszkola. „Poważna nauka” miała się zacząć w klasie IV. To myślenie zdaje się trochę pokutować do dzisiaj, co obserwuję na co dzień, pracując z dziećmi z klas IV-VI i rozmawiając z ich rodzicami.

Ludzie bardzo lubią kategoryzować, żeby łatwiej im było nawigować w rzeczywistości i nie pogubić się w chaosie informacji, stąd nietrudno zrozumieć, że podział na przedmioty w klasach starszych uspokaja nasz mózg i zaprowadza jakiś porządek w jego szufladkach. Kłopot polega jednak na tym, że świat – czy nam się to podoba, czy nie – jest czymś nieprawdopodobnie złożonym, chaotycznym, zbudowanym na nieskończonej ilości powiązań i wzajemnych oddziaływań. Nie wydaje się zatem logiczne – zwłaszcza w dzisiejszych czasach i przy dzisiejszym stanie wiedzy – nadal uparcie stawiać sztuczne mury pomiędzy wyabstrahowanymi dziedzinami wiedzy, skoro wszystko się ze wszystkim w jakiś sposób łączy i przenika. Dlatego też uważam utrzymywanie systemu akademicko-przedmiotowego za głęboko anachroniczne. Dowodów na słuszność tego przekonania często dostarczają mi moi uczniowie, pytając, po co na języku polskim omawiamy na przykład kulturę i sztukę renesansu, skoro „to jest przecież historia”, albo skarżąc się, że na fizyce i chemii „są jakieś matematyczne zadania, a powinny być wyłącznie eksperymenty”. Nie muszę chyba dodawać, w jaki sposób powyższe uwagi wpływają na poziom motywacji do nauki…

Nauczanie zintegrowane w klasach I-III jest z założenia nauczaniem holistycznym, ujmuje świat jako całość (oczywiście na tyle, na ile się da), dlatego też umożliwia dzieciom harmonijny i naturalny rozwój. Proponuje odkrywanie rzeczywistości w sposób bliski uczniowi i jego doświadczeniu, stawia na budowanie mostów pomiędzy różnymi dziedzinami wiedzy i zachęca do szukania powiązań. Z tego powodu może stanowić doskonałą inspirację dla nauczycieli starszych etapów edukacyjnych, skłaniać do pracy nad projektami międzyprzedmiotowymi, zachęcać do współpracy z innymi uczącymi (np. w formie co-teachingu) itp. Potencjał jest ogromny! I choć świadomość korzyści płynących z nauczania holistycznego systematycznie w Polsce wzrasta, wciąż jest bardzo dużo do zrobienia! Mury oddzielające od siebie poszczególne dziedziny wiedzy trzymają się w szkołach mocno. Najwyższy już czas je zburzyć!

PS Chęć burzenia murów międzyprzedmiotowych przez niektórych nauczycieli budzi entuzjazm i inspiruje do działania. Widziałem już wiele fascynujących i interdyscyplinarnych projektów uczniowskich, którymi opiekowali się mądrzy mentorzy. Czasami jednak można zajść w swoim myśleniu o krok za daleko, czego przykładem jest zabawna dyskusja, jaka rozpętała się na jednym ze szkoleń na temat nauczania holistycznego. Otóż, drodzy Państwo, jak połączyć średniowiecze (omawiane właśnie na historii) z wiedzą o owocach (opracowywaną na biologii)? Może „Owoce w średniowieczu”? Albo „Średniowiecze owoców?” Chyba jednak nasz świat nie jest aż tak holistyczny… 🙂 

Kacper Owiński